Gadające źdźbło trawy
Nie od razu rozpoznasz bliźniaczy płomień, ale kiedy spojrzysz z dystansu, zobaczysz, że były znaki…
Gadające źdźbło trawy
Przychodził na łąkę codziennie. Siadał pod starym dębem, zamykał oczy i godzinami trwał w zamyśleniu, przewracając pomiędzy zębami źdźbło trawy.
– Zastanawiałem się, kiedy w końcu odważysz się podejść – powiedział, nie otwierając oczu, kiedy się do niego zbliżyłam.
Zastygłam w bezruchu, zapominając języka w gębie. Przygotowałam sobie w głowie dialog, który z nim przeprowadzę, ale nijak miał się on do pierwszego zdania, które padło z jego ust.
– Nic nie powiesz? – zagadnął w reakcji na moje milczenie.
– Miałam przygotowaną odpowiedź na ,,hej” – odpowiedziałam lekko zmieszana.
Uchylił jedną z powiek, przechylił na bok głowę i spojrzał na mnie spod siatki gęstych, czarnych rzęs.
– Ludzie rzadko są w stanie sprostać naszym oczekiwaniom, więc najlepiej w ogóle nie pisać w głowie scenariuszy – powiedział, wzruszając ramionami.
– Najwyraźniej – wybąkałam i zajęłam miejsce po przeciwnej stronie drzewa.
Zapadła między nami niezręczna cisza, przerywana co jakiś czas dochodzącymi z okolicy odgłosami przyrody.
– Chciałaś o coś zapytać – odezwał się w końcu siedzący po drugiej stronie chłopak.
Naprędce przeanalizowałam w głowie przebieg rozmowy, próbując znaleźć w niej jakikolwiek przejaw chęci do zadawania pytań, ale bez większego efektu. Zajrzałam przez ramię, żeby sprawdzić, czy trawa, którą bezustannie mieli w buzi, nie jest przypadkiem jedną z gatunku traw, które pozwalają na inny odbiór rzeczywistości, ale nie – zwyczajna trawa, jakich pełno wokół. W oczy rzuciło mi się też świeże zadrapanie na policzku. Nawet wygląda na takiego, co to łazi, gdzie nie powinien – pomyślałam.
– Ja? – zdziwiłam się. – Skąd taki wniosek?
Uśmiechnął się pod nosem i wypluł resztki rośliny z ust. Otworzył oczy, a później zwrócił się w moją stronę.
– Po tygodniu obserwacji, zdecydowałaś się wreszcie podejść – odpowiedział. – Na pewno chcesz o coś zapytać.
Wpatrywałam się w jego ciemne oczy o przenikliwym spojrzeniu, próbując wydobyć z myślowej próżni jakieś sensowne pytanie, a skoro nic nie przychodziło mi do głowy, zdecydowałam chwycić się jedynej deski ratunku, która mogła mnie wyciągnąć z tej nierównej walki na spojrzenia: powiedziałam cokolwiek.
– Dlaczego cały czas chodzisz w tych samych spodniach? – wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
Kiedy pytanie dobiegło moich uszu, szybko schowałam się na powrót za pniem drzewa i z zażenowaniem ukryłam twarz w dłoniach. Można było wymyślić wszystko – “Jak masz na imię?”; “Co tutaj robisz?”; “Jaki jest Twój ulubiony kolor?” – cokolwiek innego, niż “Dlaczego cały czas chodzisz w tych samych spodniach”… Brawo! – skarciłam siebie w myślach, poprawiając leżącą na kolanach białą, tiulową spódnicę – Snobka!
– Bo są najwygodniejsze – usłyszałam za plecami spokojną odpowiedź.
Wyprostowałam się, z ulgą wypuszczając wstrzymywane w płucach powietrze. Nie obraził się.
– Przepraszam Cię bardzo – powiedziałam wychylając się nieznacznie w jego kierunku. – To chyba najgłupsze pytanie, jakie udało mi się kiedykolwiek wymyślić.
– Żadne pytanie, na które można znaleźć logiczną odpowiedź, nie jest głupie – chłopak wzruszył ramionami i wrócił do dawnej pozycji.
Coś w tym jest – pomyślałam i również oparłam się o swoją część pnia. Przymknęłam na chwilę oczy, wsłuchując się w śpiew krążących ponad naszymi głowami ptaków i udało mi się zdrzemnąć parę minut, a kiedy wróciłam do świadomości – jego już nie było.
Przez kilka kolejnych dni odwiedzałam go na łące regularnie. Wybrałam nawet do tego celu specjalne spodnie, w których śmiało mogłam siadać na trawie, bez obawy, że podzielą smutny los spódnicy, która niestety przegrała starcie z mniszkiem lekarskim. Każdego wieczora, po powrocie do domu, wrzucałam je do miski z wodą, prałam, wywieszałam na podwórku, a następnego dnia znów były gotowe do użytku. Genialny system – chwaliłam w myślach mojego kolegę.
– Dobrze, żeby miały jeszcze dziurę, wtedy już w ogóle ich nie szkoda – przekonywał, a następnie zaprezentował niewielkie rozdarcie na prawej nogawce. Na tak radykalny krok nie byłam gotowa…
– Po co cały czas żujesz trawę? – zapytałam któregoś dnia, widząc go po raz wtóry ze źdźbłem pomiędzy zębami.
Przesunął ją sobie językiem w kącik ust.
– Nie żuję jej, to gra wstępna – odpowiedział z wyraźnie wyczuwalną w głosie powagą, po czym wrócił do pierwotnego zajęcia.
– Przed czym? – postanowiłam kontynuować wątek. – Zanim ją zjesz? – zapytałam z nieskrywaną odrazą.
Zmarszczył czoło i spojrzał na mnie spod na wpół przymkniętych powiek, a następnie wyjął z ust wymiętolone źdźbło i wyprostował się.
– Ależ Ty jesteś wulgarna – powiedział z wyrzutem – Nie jestem kanibalem, tylko rozmawiamy – wzruszył ramionami.
– Rozmawiacie? – spojrzałam na niego kpiąco. – I co ci trawa mówi?
Chłopak odpowiedział mi takim samym spojrzeniem, a następnie przymknął powieki, złożył rzeczone źdźbło równolegle pomiędzy kciukami obu dłoni i dmuchnął w niewielką przestrzeń pomiędzy nimi. W powietrzu rozległ się głośny gwizd, który echem odbił się na odległych krańcach łąki. Zaczekał, aż dźwięk zakończy swoją podróż, z namaszczeniem złożył roślinę na nogawce i otworzył oczy.
– Trawa mówi, że nie jesteś na naszym poziomie wtajemniczenia – wzruszył ramionami, na powrót włożył zmaltretowaną, zieloną wstęgę do ust i rozciągnął się wygodnie pod drzewem.
Otrząsnęłam się z galopujących przez moją głowę dziwnych myśli o znikającym w jego ustach źdźble i podniosłam się z ziemi.
– Ty jesteś nienormalny – powiedziałam, otrzepując ubranie z dmuchawcowego puchu i udałam się w kierunku domu.
Prawdą jednak było, że podziwiałam go za tę jego odmienność i kontakt z naturą, którego ja nigdy nie potrafiłam złapać, ale postanowiłam nie psuć go pochlebstwami.
– Ja też od razu zauważyłem, że mamy ze sobą coś wspólnego – z wyraźnie wyczuwalnym w głosie uśmiechem, krzyknął za moimi plecami.
Uczył mnie rozmawiać z trawą przez kolejne dwa tygodnie – bez większych sukcesów.
– Nie zadajesz jej pytań, więc co ma Ci powiedzieć? – tłumaczył, kiedy zirytowana ciskałam za siebie wymęczoną roślinę.
– O co niby mam zapytać trawę? – rzuciłam ze złością.
– O wszystko – odpowiedział lekko. – Trawy mają ogromną wiedzę, której przeciętny człowiek nigdy nie będzie umiał posiąść.
Wiedzę, którą nie chcą się ze mną podzielić – dopowiadałam w myślach.
Tamtą lekcję przerwało pojawienie się dziwnego mężczyzny. Wyglądał na zdecydowanie starszego od chłopaka, a już na pewno mniej przyjaznego. Kiedy go zobaczył, gwizdnął przeciągle – nie spodobało mi się to – a ten rzucił pod nosem jakieś przekleństwo, polecił mi ćwiczyć rozmowy z trawą i dołączył do oczekującego na niego człowieka.
To już trzy miesiące, kiedy widziałam go po raz ostatni.
Nadal przychodzę na łąkę i siadam pod starym dębem, czekając na chłopaka, który umiał zmusić do mówienia źdźbło trawy.




